Z nowym rokiem i długim weekendem postanowiłam wybrać się w plener. Zaplanowany i ugotowany po części wczoraj obiad, chata ogarnięta jako tako. Pogoda też sprawdzona. Więc nic nie stoi na przeszkodzie. Co prawda po ostatnich opadach śniegu miałam obawy, że gdzieś utknę, po dłuższym postoju. Już raz tak nie mogłam wyjechać, kiedy mi auto wmroziło w parking, zapadło i unieruchomiło. Teraz z tym nie było problemu. Skończył mi się za to płyn do spryskiwaczy i to jest koszmar.Dobrze, że pojechałam tylko na Iffeldorf, planowałam do Garmisch...
Niebo nie spisało się najlepiej, ale zima piękna. Brnęłam po kolana.
Światło mi nie dopisało, chyba mam do tego Iffeldorfa jakiegoś pecha.
Za to po powrocie do chaty normalny młyn. Jakieś zmęczenie mnie dopadło, mimo że nie wstałam o koszmarnej porze bo o szóstej. Ale to może dlatego, że wczoraj wstałam o piątej...? Bo czasami trzeba.
Zaczął kończyć się chleb. Więc zaczęłam na nowym przepisie, niby na drożdżach a walczę już cały dzień zobaczę co z tego wyjdzie.
Dzieciaki znudzone. Starszy bez kolegów. Musiałam się zebrać w sobie i wziąć ich na sanki. Choć tak mi się nie chciało. Ale obiad zrobiony, tylko jakieś elementy do podgrzania, więc sobie myślę, że no nie da się. Słonko ładnie świeci, trzeba iść.
Więcej tego ubierania oczywiście niż jeżdżenia. Zaraz im się znudziło to zrobiliśmy rundę spacerową.
A ja cały czas na oparach. Nie podejrzewałam, że aż tak mi to dzisiejsze ranne wstanie dokuczy.

Znowu nie udało mi się zebrać w sobie żeby udać się w plener. A weekend był niczego sobie.
Ale jak zwykle jakoś tak wyszło, że wygrało spanie i zajęcia popoludniowe. To sobotnia impreza dla dzieci a w niedzielę... Nie no w sumie skoczyłam na aleję drzew ale nie wróciłam zadowolona. O ile cały dzień dawało słońce tak koło osiemnastej na zachodzie zbierały się chmury i moje boczne światło, które miało mi ładnie wydobyć drzewa jakoś mnie nie powaliło. Poprostu nie ma co za dużo myśleć tylko brać sprzęt i jechać bo od rozważania czy dziś a może lepiej jutro nic nie wynika.

Za to udało się coś nowego. Na niwie sportowej. Klub zmienił plan i w niedziele rano doszła yin joga, coś czego nigdy nie próbowałam, ale wiedziałam, że to coś spokojnego na dłuższe posiedzenia w jednej asanie. Zatem postanowiłam połączyć to z poranną przebierzką po czym wreszcie porządnie się po biegu rozciągnąć. Godzinka minęła jak z bicza strzelił. Choć córa, która była w bawialni na dole stwierdziła, że długo to wszystko trwało. Ale jak sobie od czasu do czasu machnę przebieżkę, saunę, prychol i yin to się chyba nic nie stanie :).  A potem na chatę i dalejże obiad i na plac zabaw...
Dziś akurat chwila czasu na wpis wpadła bo dzieciom zorganizowałam towarzystwo zabaw.
Wpadamy powoli w rutynę codzienności. Zaczęły się nowe szkoły. Każdy musi się otrzaskać z nowym otoczeniem. Do tego wrociły zajęcia sportowe po szkole i tak leci dzień za dniem. Nawet nie zasiadłam do fot weselnych. Za to już mnie ciągnie gdzieś na plener jesienny.
Kiedy rano jadę do szkoły z małą przez las i jest mgła i słońce się na mgle lekko kładzie i rozbija, wygląda to bajkowo. Ciepłe światło... mhhh
Więc postanowiłam na piątek przepakować torbę, wziąc aparat, wyjechać wcześniej i pofocić drogę do szkoły. I co.. idę po rower. Guma. Dobrze, że gotowe dętki zapasowe w szopie leżą to szybka zmiana ale i tak czas poszedł w plecy i tyle z focenia było, że trzeba było gnać do szkoły i roboty.
Dziś za to rano mgła wisiała tak gęsta, że światła praktycznie nie przepuszczała, ale postanowiłam i tak się wyrwać z domu. Nawet się celowo na wschód słońca nie zrywałam, bo mi się nie chciało, ale jak wstałam to patrzę taka mgiełka, mglisko właściwie. To sobie myślę spróbuję. W sumie wiedziałam już widząc po drodze, że światła tu nie będzie ale jak już wsiadłam na rower to się nie wracałam. Mam taką miejscówkę, już byłam ją raz jesienią obwąchać. Zrobiłam kilka fot ale do chaty musiałam wracać, bo obiecałam synowi, że go do kumpla zawiozę a potem na bieg na drugi koniec miasta. Więc czasu nie za dużo.
Kiedy jechałam do domu mgła się podniosłai lekko zagrała ze światłem, co prawda nie tym superporannym ale jednak... i tak jest zawsze ;)
Normalnie rąbek u spódnicy powiedziałby niejeden...
Zresztą z tym biegiem, co to miał syn startować, to też historia, bo ja miałam biec. Mój pomysł. Plan treningowy zrobiłam w połowie, bo tylko interwały i czasówki a zero długich wybiegań. Ale i tak mi się nie chciało dziś jechać.
Nie wiem czemu, dobrze było jednak zrobić plan.
Lekko nie było ale na ściganie się już zabrakło mi chęci...

Już jesteśmy po Urlopie. Tydzień objazdowy po Holandii zleciał jak z bicza strzelił. Był to wyjazd fajny i rodzinny a czeka nas jeszcze jeden, tym razem we dwoje. Dzieci na wakacjach w Polsce więc i więcej czasu na hobby. Choć jak zerkam na zegarek i widzę jak ucieka godzina za godziną a ja jeszcze tyle muszę na kompie zrobić a jeszcze mam biegowy plan treningowy, to jestem cała w stresie, że nie dam rady ogarnąć tematu. Powoli przepycham się z obróbką zdjęć z Holandii. A udało się wyskoczyć na plener tu i ówdzie i wieczorkiem i o świecie.
Lista długa. To trzeba obrobić, tamto sprawdzić, trzeba wykorzystać wolne popołudnia w miarę. Wiadomo posprzątać i ugotować też trzeba a jeszcze w nowym domu coś ruszyć, póki dzieciakow nie ma.


Wesele, wesele i po weselu. Miłe, fajne chwile w gronie rodzinnym zleciały jak z bicza strzelił. Zdjęć trochę probiłam. Nie miałam stresa ogólnego, bo był fotograf, profi z doświadczeniem a nie jakaś matka focąca między gotowaniem obiadu a wożeniem dzieci na zajęcia...
Średnio więc też jestem zadowolona z wypocin, albo może zbyt ostro się oceniam.

Dziś z koleji skoczyłam na łąkę obok pracy. Wieczorkiem po objeżdżeniu kursu pływania z małą, wykąpania starszego, chorego synka, którego mąż dziś musiał zabierać z zielonej szkoły bo było kiepsko z nim. Więc tata w przerwie między montowaniem oświetlenia w nowym domu a naprawą roweru mamie położył małą spać. Choć Maja nie była zadowolona, że wychodzę. A ja przywiozłam za to materiał do obróbki, choć powoli trzeba będzie wprowadzić jakąś inowację bo mam wrażenie, że się powtarzam.
No tak to bywa. Wesele i po weselu, ale trochę zdjęć zrobiłam i za punkt honoru postawiłam sobie, że nie może być to kaszanka. Zanim się je pokaże trzeba zrobić selekcję i obrobić.
I to własnie robię z doskoku. Teraz na przykład, syn ogląda mecz a dla młodszej zorganizowałam towarzystwo do zabawy bo po wyprowadzce ciężko im tu teraz z kolegami i koleżankami. Na szczęście w okolicy jest ktoś z przedszkola. Starszemu nie chciało się jechac na stare osiedle dziś ale wczoraj pograł tam w piłkę
I tak właśnie siędzę nad zdjęciami z wesela. Czas się powoli kończy na teraz bo zaraz przyjdą rodzice odebrać swoje pociechy ale wieczorkiem przysiądę. Wczoraj już nie miałam siły. Ale gdzieś tam zawsze wbije jakiś kawałek wolny na obróbkę.
Myślałam, że może pójdę pobiegać dziś. Ale z tym hobby wogóle wypadłam z rytmu.
Zauważyłam też, że jak na gorąco nie spiszę myśli blogowych to już potem przepada dana impresja.
Na szczęście wyhaczyłam moment. Ludzie jeszcze nie nadchodzą ale wydaje mi się, że nie ma sensu zaczynać nowego zdjęcia, bo zaraz towarzystwu odezwą się żołądki ;).
To zgram może zdjęcia z łąki tylko
i tyle aż...
Miałam wpisać się do swojego pamiętniczka blogowego już jakiś czas temu, bo miałam i temat w głowie i post opracowany. Jednak czas tak leci i pojwiają się nowe rzeczy i wydarzenia, że nie sposób usiąść i coś napisać. Chociaż sobie mowiłam, że napiszę później to i tak nie siadłam.
Napewno udało mi się to o czym wspomniałam na blogu foto. O makach, które wyprobówałam któregoś wtorku przed pracą. Wychodząc wcześnie i wstając wcześnie ogarnęłam temat przed porannym zamieszaniem. Skromne to próby ale zawsze cieszy udana próba mobilizacji.

Trochę sobie posiedziałam nad pejzażem będąc w pięknie położonym schronisku wśród bawarskich przedalpejskich krajobrazów. Góry uwielbiam, zawsze chce iść o krok dalej, mieć TO ujęcie, ale co
jak boję się wysokości. Na szczęście coś tam zawsze wymaszczę. 
Dwie godziny podejścia późnym popołudniem nagradza nas spokojem, pięknym światłem wieczora i mała ilością bywalców. Jest tu tylko 38 miejsc noclegowych w dwóch salach. 
Ranek nie nagrodził mnie jednak cudnym światłem, gęste chmury zwiastowału zmianę pogody. Fuks nam przyświecił bo na kolejne dni powrócił deszcz. Co tu jest zjawiskiem więcej niż normalnym.

A potem było wesele brata...